Tzn. Wdowizm


 (Foto własne z galerii)

Hej! Dziś temat o byciu wdową- młodą, ja zostałam wdową mając 23 lata. Żoną zostałam 3.5mies wcześniej, mając 22 lata, i marząc od zawsze o tej roli, tzn. Żony. Zawsze chciałam mieć własną rodzinę, być idealną żoną, mamą. Nigdy nie chciałam późno.                       Geriatria? Przerażała mnie.                                             Do dziś pracuję z tym lękiem, tak jak wcześniej z nakładzionym do głowy, za dzieciaka lękiem przed samotnością, byciem niekochaną. To był mój paraliżujący lęk. Lata temu na samą myśl o tym wpadałam w histerię i nie mogłam złapać powietrza. Dziś uważam, że jest dużo, dużo lepiej. Temu też walczę o siebie. Bo MUSI być lepiej, a ja jestem zdania że jak coś wcześniej przepracuje człowiek, to potem dużo łagodniejsze ma życie i świadome.

Zacznijmy od tego, że ja w chorobie M, nigdy nie dopuszczałam wznowy, tym bardziej śmierci. Tłumaczyłam mu, że hist-pat jest błędny, lekarze się mylą, że jest co raz lepiej, że wyzdrowieje, będziemy mieć szczęśliwą rodzinę i super wycieczki.  Nawet we wznowie, i gdy już było kiepsko liczyłam na cud i z mężem, o tym rozmawiałam. Jak też wiecie, bardzo dużo pieniędzy, energii szło na leczenia i różne niekonwencjonalne rozwiązania. Liczne poszerzanie kontaktów, banowanie konta za spam, rozmowy i ,,ruszanie całego świata”, to wszystko po to, aby nie zostać wdową. Bo jak to M, ma nie być? Przecież my jesteśmy na dobre i na złe, raz się za łeb weźmiemy, raz przyklejamy do siebie, ale zawsze razem. Ale przychodzi taki moment, gdy osoba jest leżąca, a Ty widzisz, jak się męczy że pozwalasz jej odejść i błagasz, żeby się już poddała. Na to się tak strasznie ciężko patrzy. Wtedy człowiek zapewnia bliskiego, że poradzi sobie bez Niej, u boku, tylko tamta niech czuwa. To jest przełomowy moment, i u Nas taki też był. Najbardziej straszne były dla mnie spotkanie z rodziną M, która zawsze miała do mnie wiele pretensji, i oskarżeń w tym o przebieg choroby, na który nie miałam wpływu. Nie mówiąc już o wyzwiskach mojej osoby, i zastraszaniu.  Bałam się i nie czułam bezpiecznie. Wiele razy prosiłam otoczenie o pomoc, wszyscy uważali że PRZESADZAM, nie mówiąc już o familii. Na myśl o tym drugim dostaje pier*olca. Bo jednak każdy normalny gdy ich dziecko jest atakowane przez kogoś nakładzie obcemu do głowy i puści mu wiązankę, a nawet nie namawiając nikogo do czego wytłumaczy ręcznie, takiemu. Ja na to nie mogłam liczyć. U mnie zaś było smarowanie innym tyłka i tego jaka ja jestem zła. Bo na pewno przesadzam, i skoro ktoś M dłużej zna to JA POWINNAM pogodzić się, że ktoś ma problem. Bo ktoś jest z rodziny, a ja jestem obca baba. A ja M kochałam i obiecałam być przy Nim do końca. M chciałam chronić. I siebie, dlatego też wspólnie z M ustaliliśmy, że zawiadomimy ich, gdy on odejdzie. Nie nie uważam tego za egoizm, tylko spełnienie woli, od czego byłam jako żona. Bo to jak zasada na drodze nie udzielasz pomocy, jak nie czujesz się bezpieczny, a ja w tamtym czasie byłam wrakiem człowieka, od mops, do psychologa, potem rodzinna, potem lekarze M, potem robota, potem coś tam. 3 pobudki w nocy, sprawdzanie czy stary wziął leki. Wiele osób w otoczeniu szeptało, na co mi ktoś chory, po co mi to. Tylko w dzisiejszych czasach miłości się nie rozumie. Upatrują ludzie głównie korzyści, mnie odpuścili agresorzy, gdy RZUCIŁAM SPADEM I INFORMACJE O POSIADANIU INTERCYZY. Bo przecież wcześniej byłam głupią, pazerną na wykorzystywanie chorego dzivką. Bo przecież nie kupowałam mu nawet leków, ani prywatnych wizyt, a w ogóle Zośka tak zła że mu nie daje odebrać telefonu, ani jeść i w ogóle jest psychiczna. I nie zasługuje na miano imienia bo to ONA. Bo przecież była tak podłą materialistką, że nie pozwalała mu się widzieć z kimś z kim on nie chciał. I że on miał umrzeć PRZEZ NIĄ, bo ona się nie chce odpier… . Tak to wszystko to parafraza określeń tych od męża. Kiedyś bałabym się o tym mówić dziś mając masę dowodów, mam prawo mówić o swoim doświadczeniu, i przeżyciu. Bo uważam, nie robiąc i nie chcąc robić z siebie ofiary, że to była jawna przemoc, sq**ysyństwo, i to się nadaje do prokuratury. I niektórzy ludzie nawet przez takie sytuacje odbierają sobie życie….

                                         ***

Gdy już zostałam wdową oprócz niechcianych odwiedzin, przez w/w, czy niepowodzeniu się pochówku, nie byłam w stanie siedzieć w naszym pokoju. Nie byłam w stanie gotować, myśleć. Przesiadywałam u znajomych, sąsiadów albo tuczyłam się zamawiając fast foody. Wisiałam godzinami na telefonie, aby tylko nie myśleć i nie docierało, że Jego już nie ma. Mogłam żałobę przeżywać po 3 rzeczach/ wydarzeniach;

- wygarnięciu zachowania i żalu co poniektórym

- dowiedzeniu się, że inna osoba, co olała Naszą zbiórkę także jest w stracie

- Uświadomieniu sobie, że nikt mi nic nie może już zrobić, ani nie ma po się ze mną kontaktować, jednocześnie może mieć wyrzuty sumienia odnośnie relacji i swojego zachowania, ale mnie jako żonie, a M jako pacjentowi mogą naskoczyć.

Może jestem okropna, ale ,,Wdowizm” nauczył mnie dbać o własne 4 litery. Bo zostałam JA, po to by spełnić co Nasze i żyć za Nas 2-je tak bezczelnie szczęśliwa. Bo to związek z moim mężem, udowodnił mi, że jestem ważna, i bez względu co M mówił w chorobie i o mnie, to wiem że odszedł przy mnie, bo najbardziej ze wszystkich mnie kochał, i był ze mnie tak bardzo dumnym i wdzięczny. Wiem, też jak bardzo starał się i walczył dla mnie, jak wychodził ze strefy komfortu, i ile granic dla mnie pokonał. Mam świadomość, że zrobiłam wszystko, a on spokojnie odszedł, i codziennie dotrzymuje Nasze umowy. A on ogląda wszystko z góry i w swoim czasie się ze mną zobaczy. Bo ja tu muszę trochę po kontach co nie co rozpierduchy porobić. 

https://buycoffee.to/glejaktonietak

                                                                            Zosia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tak niszczy glejak…

20 mies z glejakiem, 20 w żałobie