Wsparcie ,,gapiów” w żałobie.
Hej! Dawno mnie nie było. Korekta postów, a poza tym nawał obowiązków. Ale już jestem, wróciłam ze zdwojoną siłą… i przekonaniem, że to co robię jest dobre.
Żałoba, dla gapiów w social mediów, i otoczenia kończy się po paru miesiącach, lub wraz z pogrzebem. Gdy po dłuższej chwili dodajesz fotę zmarłego, smutne posty, od razu leci lawina; czas leczy rany, jesteś jeszcze młoda, ułożysz sobie życie, ile można trwać w żałobie, nie mówiąc już o tym jak to żałoba nie jest na pokaz, no nie jest, ale jak odszedł ktoś dla Ciebie ważny, to oczywiste że tym żyjesz, że każdy przeżywa żałobę inaczej, i że mając wolną wolę i własny profil w SM wrzucasz tam, co czujesz i CHCESZ. Ludzie, znajomi, i każdy jeden kto nie doświadczył żałoby, i straty kogoś kogo kochał, myśli że trywializujesz, wyolbrzymiasz. A tak nie jest, bo my osoby w żałobie i każdy kto kochał prawdziwie, mamy różne stany i etapy żałoby, od wdzięczności za czas z osobą, po mega złość, że to spotkało Naszego bliskiego. Otoczeniu zaś wydaje się, że pare miesięcy, klik i wrócisz do życia sprzed, z tym że Ty już z ,,nowymi” doświadczeniami, nie będziesz tą samą osobą…
Niektórzy z Nas, mogą znaleść też pasje, kontynuować misje ukochanej osoby, albo zmienić kierunek studiów, czy nawet dotychczasowe życie. Nie da się wymazać z pamięci kilku miesięcy, a w niektórych przypadkach kilku lat. A życie z osobą która jest zdrowa, otrzymuje diagnozę, jej ciało się zmienia i nawyki, ma luki w pamięci, napady obsesyjnego jedzenia, jeszcze większa masa ciała, czasem agresywne zachowania i jak w WIELU (bo pamiętajcie) są odstępstwa, przypadkach, zjazd w dół; stopniowy lub gwałtowny stanu zdrowia…
Takie przeżycie to gigantyczna trauma okupiona stresem, i słowami lekarzy którym się ufa i do których przychodzi aby zostać wyleczonym, a tu od samego początku skazują Cię na porażkę i, że za wiele się nie da, od 30 lat. Do tego ciąglę nerwy o wznowę, kolejną dolegliwość. To istny rollercoaster. Nie mówiąc już o pieniądzach, bo to kolosalne kwoty, ogrom leków, wizyty prywatne, często suplementy i inne. Na to nikt nie jest przygotowany, choć dorzucę Wam ciekawostkę ja Nas utrzymywałam z 1,25 etatu. I opłacałam wynajem, życie, i lekarzy. Da się? Da się. Choć nie powiem rezygnowałam z siebie, na każdym kroku. I w pewnym momencie pomogłam sobie zrzutką, fundacją. I pomimo dumy, wstydu, etc bardzo polecam zorganizować coś takiego. To naprawdę pomaga. Proszenie o pomoc to nic złego, to wyraz siły i chęć walki.
(A Tu porównanie osoby sprzed diagnozy, do osoby w leczeniu, po sterydach, i chemii)
Zosia

Komentarze
Prześlij komentarz