Być tak dla siebie…

 

(Obrazek autorstwa mojego M)

Hej! Dziś ważny temat, a mianowicie BYCIA SAMEMU DLA SIEBIE, bo tak się składa że wiele osób ucieka od siebie, rozprasza uwagę na myśl o innych, ma natłoki myśli etc. Sama jestem tym szczęśliwcem, także napiszę Wam co, nie co… Osobiście non stop myślę o wszystkim czego bym chciała, i nic z tego nie wynika, bo ja się nakręcam, programuje, często wchodzę w rolę ratownika, a tu dupa bo ja nic z tego nie mam poza frustracją, i dalszym zapętlaniem się. A tak się składa, że marzy mi się być w sztamie ze sobą i nauczyć się odpuszczać. Po prostu mieć tak serdecznie na wszystko wywalone. I teraz myślę, że łatwiej jest, niż za życia i choroby M. Wtedy raz, że chodziłam w ciągłym napięciu, pospinana i płaczliwa. A dwa, że nie umiałam się na niczym skupić i byłam w ciągłym czuwaniu. A na dłuższą mete to bardzo niszczy… 

 

Od kiedy odszedł M, bardzo długo nosiłam maskę. Całe miesiące żartowałam ze znajonymi, wypierałam. Najgorzej było jednak wieczorem, nie było do kogo się przytulić. Dalej nie ma. Był czas obwiniania M. O Jego śmierć, o zostawienie mnie samą, tylko że ja nie jestem sama, a z Nim… dalej z Nim. U Boku. Czuję go, Jego obecność. Proszę o znaki i mam podane jak na tacy. Tylko prawda jest zgoła inna, nie mam jak go przytuluć, bo pn pewnie to robi, ale ja nie mam jak odwzajemnić. I to rozpierdala najbardziej. Pisze z wieloma wdowami, kobietami po stracie są takie co po paru miesiącach kogoś mają, są takie co od lat nic, nikogo. Każdy ten czas inaczej przechodzi, ja często się denerwowałam i bałam tego momentu. Zawsze się bałam ,,być sama”, ale samotność nie jest zła, pozwala Nam siebie w ciszy dostrzec, zrozumieć. Ja bardzo długo nie byłam w stanie wsłuchać się w siebie. Moje OCD to efekt konfliktów wewnętrzny, a zewnętrzny. Robić po swojemu, czy tak jak dyktują … I tak się składa, że na pewnym etapie bycia z M, jebnęłam wszystko i postawiłam na Nas. Nie żałuję, wiem że on zrobił by dla mnie to samo. Nie raz o tym rozmawialiśmy. Tak też nikt chyba z dalszej rodziny nie wiem o ślubie, moi najbliżsi dowiedzieli się po 2 tygodniach, rodzina męża zaś po 3, jak nie 4 miesiącach. Pewnie wiele osób czytając to robi wielkie oczy, ja mam to w dupie, M. Też by miał. Bo liczyliśmy się sami dla siebie, mimo wielu problemów i tej jebanej choroby…

 Dziś powiem ODZYSKUJE SIEBIE, bycie w sobie czucie, fakt bez Niego fizycznie. Ale, napiszę Wam jedno przestałam gonić za byciem z kimś, za byciem zauważaną. Czuje się tym zmęczona. Może jeszcze mi się zdarza, ale  pracuję nad tym, bo co z własnym JA, jak zabraknie ukochanej osoby. Kiedyś miałam moment po śmierci męża, ,,bo chce żyć, to sobie kogoś znajdę”, ale odpuściłam, to mi się rozmyło, rozminęło. Dupnęło. I zabrzmię jak babcia, ale ja tylko chce spokoju i zdrowia. A tak to ja naprawdę mogę siedzieć w tu i teraz. Tak jest ok, grunt aby dać sobie przestrzeń. I czas. I odpuścić wszystko, wziąć; ,,na siebie” jak to mówią w pewnym polskim programie rozrywkowym…

                                                                  Zosia

https://buycoffee.to/glejaktonietak


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tzn. Wdowizm

Tak niszczy glejak…

20 mies z glejakiem, 20 w żałobie