Tło pełne planów
Hejka! Dziś temat drażliwy. Temat bardzo dla mnie bolesny, temat który gryzie od początku choroby i nad którym gdybam non stop. Płodność, zdecydowanie się na potomka, gdy wiemy o diagnozie. U Nas od kiedy się tylko poznaliśmy były rozmowy na temat dzieci, rodziny. Każde z Nas miało przykre doświadczenia z własnego dzieciństwa, więc od zawsze snuliśmy plany na temat Naszej ,,Idealnej Rodziny”, myśleliśmy nawet, aby wyjechać do Hiszpanii i tam żyć, zdala od dziadostwa, gapiów, dawnych prac, od tych pożal się znajomych, choć było też wiele rzeczy np. Zloty, prawdziwi przyjaciele, coś co Nas tu trzymało. Lubiliśmy podróżować, dlatego przed chorobą mieliśmy objazdówkę z ładunkiem, po 8/9 krajach. Mało brakowało, a bym nie pojechała bo ,,bliscy” oczywiście najlepiej wiedzą co człowiek powinien, i jak, a już co ludzie powiedzą to już w ogóle… a więc… podczas tej podróży zbliżyliśmy się do siebie, już wtedy były rozmowy że będę narzeczoną, byłam przeszczęśliwa. Zdążyliśmy już nawet powybierać imiona dla naszych dzieci. W tamtym czasie borykaliśmy się z pożyczonym autem, tzn myśmy pożyczyli komuś… i to od jazdy po to cholerne auto wszystko się zaczęło, objawy etc. A gdy już wyszło, że jest guz wszystko potoczyło się tak szybko. M. pojechał ponad 100km ode mnie, tzn ja go zawiozłam. Spakowałam. Sam słuchał tych lekarzy, diagnoz, że pare miesięcy może tygodni i pod ziemię. A ja? Pracowałam, promowałam zrzutkę i byłam z M na łączach odwiedzając go co jakiś czas… tylko tyle mogłam, jak się okazało nie miał ubezpieczenia, ani wypłaty… bo zgubił umowę. A ja; uznałam że na pewno będzie dobrze, że na pewno wytną mu to w cholerę i pójdziemy do przodu razem, tak jak planowaliśmy. Czułam wtedy, że położymy kres tej sytuacji. Ale nie tak jak się stało…
A u Was kochani, jak to było z planami? Co lubiliście razem robić? Z.
Zdjęcie z prywatnego archiwum
https://buycoffee.to/glejaktonietak

Komentarze
Prześlij komentarz