Co czuje towarzysz, któremu życie się wali…
(Własne foto)
Hej! Dziś ponawiam temat osób towarzyszących w chorobie; tych co mają przerąbane od toksycznych rodzin, od systemu, od własnych myśli. Tych co są pomijani. Bo prawda jest taka, że oprócz patrzenia jak chory ukochany człowiek walczy, a nawet nie raz odchodzi to muszą znosić swoje własne emocje, które szaleją i zsyłają im na co dzień masę strachu i wątpliowości. A gdy chory ma niezrównoważoną rodzinę, co ma się za coś lepszego, to ma serio nie ciekawie. Ja byłam mega dojeżdżana przez bliskich meza, nie raz pojawiało się to na blogu. Oprócz stresu i krytyki, a także nękania telefonicznego, byłam OBWINIANA ZA CHOROBĘ I PADACZKI M. Tak byłam osaczana tekstami; CZY CHCESZ GO ODWIEDZAĆ NA CMENTARZU”- przez człowieka co był marionetką w rękach rozkazującej mu osoby, a także poza tym wykazywał brak zainteresowania, poprzez kontakt telefoniczny. Nie będę już wspominać o temacie pochówku, który spoczywał w całości po mojej stronie, tak jak i koszty leczenia. W chorobie męża straciłam od nerwów w chuj zdrowia, choroba i padaczki jedno, atakujący ludzie to drugie. Najgorsze jest to, że Nasze nic nie warte służby, też mają wszystko w dupie. I reagują, wtedy gdy dojdzie do tragedii lub i to nie. Prawda jest taka, że M w chorobie miał duże problemy z ubezpieczeniem, bo dawny pracodawca go oszukał. Na domiar złego lekarze dawali parę tygodni szans, na życie- wyszło z tego 20miesięcy od objawów padaczkowych. Gdzie nie poszliśmy to już był skreślony, ja jako osoba towarzysząca, jako narzeczona, potem żona oczywiście wykłócałam się o szanse dla M, ponadto nie chcieli Nam za bardzo żadnych zasiłków przyznać, bo za duży dochód, a my 1700 na sam wynajem z rachunkami wydawaliśmy. Byliśmy ze wszystkim sami, w tym emocjonalnie, tak na dłuższą mete. Pomoc mieliśmy w postaci rozmów z prawnikiem, gops, ze znajomymi i zbiórek typu siepomaga, miłe to było, nie zmienia to faktu że sama byłam ze wszystkim, musiałam się o wszystko prosić i organizować i na swoich barkach tachać. Czasem od wszechwiedzących albo nie dających sobie przetłumaczyć dostawałam osądy i zjeby. Przykłady takich osób wyżej. Były też osoby usilnie próbujące kontaktu, głównie z M, mimo że on tego nie chciał. I przeżyłam szok jak wiele osób zakłada, że nie ważne ile zna człowieka, ale NAJLEPIEJ wie co mu potrzebne do szczęścia i nie zważa nawet ani na protesty, ani NA WOLĘ, co jest kluczowe w kontakcie z chorym, umierającym. Rodzina i znajomi nie zawsze popierają temat woli, ale kategorycznie nie powinni oceniać, ani robić po własnym uważaniu. W Takich sytuacjach powinno się zdjąć dumę, do kieszeni. Ja tak zrobiłam, choć wiele mnie to kosztowało. Na wielu płaszczyznach. Mimo to robiąc to z pełną świadomością i miłością, mimo kosztów zdrowotnych nie żałuję. Mam czyste sumienie. Wiele osób powinna się tego myślę nauczyć. Przepracować to sobie.
Zosia
Zachęcam również do wspierania mojej Twórczości, mam nadzieję napisać i wydać kiedyś własną książkę.

Komentarze
Prześlij komentarz